Czy warto wspominać powstanie listopadowe?
wp.pl | dodano: 2010-11-29 (11:46) 2 opinii
(fot. wikipedia)
A
A
A
Zrywy niepodległościowe Polaków z okresu zaborów znane są nam nie tylko z historii. Przede wszystkim pamięć o nich zachowana jest w dziełach literackich, od romantyzmu, przez pozytywizm, aż po Młodą Polskę. Powstanie listopadowe, pierwszy ze zrywów, opiewane było głównie przez narodowych wieszczów – Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego. Dzięki nim zachowało się w historiografii jako wydarzenie niezwykłe, pełne poświęceń i bohaterstwa uczestników. Czy faktycznie takie było – nad tym warto się zastanowić w 180 rocznicę jego wybuchu.
Decyzję o powstaniu podjęło kilkudziesięciu młodych ludzi (przede wszystkim na skutek sprzysiężenia podchorążych pod wodzą Piotra Wysockiego). Zakładano, że po uderzeniu na Belweder i zlikwidowaniu znienawidzonego księcia Konstantego, wojskowi i ludność cywilna spontanicznie przyłączą się do antyrosyjskiej akcji.
Książę Konstanty był bratem cara oraz naczelnym wodzem armii Królestwa Polskiego (należącego do Imperium Rosyjskiego). Pozbycie się jego niepopularnej postaci miało być „reklamą” powstania oraz jego pierwszym udanym punktem. Zakładano, że owy pierwszy sukces pociągnie za sobą następne – z masowym poparciem ludności na czele.
Masowego poparcia nie udało się jednak uzyskać. Podobnie, nie udało się zabić księcia Konstantego. Z umówionych pięćdziesięciu cywilów, którzy postanowili podjąć się misji zabójstwa, zjawiło się czternastu. Zanim przedarli się przez sieć wartowników, Konstanty zdołał się ukryć.
Ludność cywilna z kolei wcale nie wyrażała woli walki. Była nieprzygotowana, przestraszona. Wracający z Belwederu spiskowcy połączyli się z podchorążymi i razem ruszyli w miasto. Jak wspomina w pamiętnikach jeden ze spiskowców, Maurycy Mochnacki – „nie było ani ludu, ani wesołych okrzyków, ani świateł, ani orężnego zgiełku, choć to wszystko powinno było mieć miejsce w pierwszych chwilach wyjarzmiającej się swobody”.
Trudno powiedzieć, aby wyłącznie ludność cywilna podeszła do zrywu niepodległościowego sceptycznie. Także polskie wojsko zajęło postawę niejednoznaczną. Niejednoznaczność ta doprowadziła w sławną noc listopadową do rozlewu przede wszystkim braterskiej krwi. Pisarze romantyczni przyzwyczaili nas do czarno-białego podziału postaw wojskowych względem powstania. Ci, którzy entuzjastycznie podeszli do walk określeni byli mianem „dobrych”. Sceptyczni generałowie przedstawieni zostali jako „źli”. „Nie do boju, nie do trudu!” określał tych ostatnich Juliusz Słowacki na kartach dramatu „Kordian”.
Dlaczego tak ciężko było podjąć generałom decyzję o przejęciu kontroli nad zrywem niepodległościowym? Przede wszystkim łączyło się to z wielką odpowiedzialnością. Podchorąży postawili wyższych wojskowych przed faktem dokonanym. Nieznany był plan, niezrobiony został żaden porządny wywiad. Przejęcie dowództwa oznaczało zgodę na podjęcie chaotycznych walk, zamieniających się chwilami w zamieszki.
Decyzję o powstaniu podjęło kilkudziesięciu młodych ludzi (przede wszystkim na skutek sprzysiężenia podchorążych pod wodzą Piotra Wysockiego). Zakładano, że po uderzeniu na Belweder i zlikwidowaniu znienawidzonego księcia Konstantego, wojskowi i ludność cywilna spontanicznie przyłączą się do antyrosyjskiej akcji.
Książę Konstanty był bratem cara oraz naczelnym wodzem armii Królestwa Polskiego (należącego do Imperium Rosyjskiego). Pozbycie się jego niepopularnej postaci miało być „reklamą” powstania oraz jego pierwszym udanym punktem. Zakładano, że owy pierwszy sukces pociągnie za sobą następne – z masowym poparciem ludności na czele.
Masowego poparcia nie udało się jednak uzyskać. Podobnie, nie udało się zabić księcia Konstantego. Z umówionych pięćdziesięciu cywilów, którzy postanowili podjąć się misji zabójstwa, zjawiło się czternastu. Zanim przedarli się przez sieć wartowników, Konstanty zdołał się ukryć.
Ludność cywilna z kolei wcale nie wyrażała woli walki. Była nieprzygotowana, przestraszona. Wracający z Belwederu spiskowcy połączyli się z podchorążymi i razem ruszyli w miasto. Jak wspomina w pamiętnikach jeden ze spiskowców, Maurycy Mochnacki – „nie było ani ludu, ani wesołych okrzyków, ani świateł, ani orężnego zgiełku, choć to wszystko powinno było mieć miejsce w pierwszych chwilach wyjarzmiającej się swobody”.
Trudno powiedzieć, aby wyłącznie ludność cywilna podeszła do zrywu niepodległościowego sceptycznie. Także polskie wojsko zajęło postawę niejednoznaczną. Niejednoznaczność ta doprowadziła w sławną noc listopadową do rozlewu przede wszystkim braterskiej krwi. Pisarze romantyczni przyzwyczaili nas do czarno-białego podziału postaw wojskowych względem powstania. Ci, którzy entuzjastycznie podeszli do walk określeni byli mianem „dobrych”. Sceptyczni generałowie przedstawieni zostali jako „źli”. „Nie do boju, nie do trudu!” określał tych ostatnich Juliusz Słowacki na kartach dramatu „Kordian”.
Dlaczego tak ciężko było podjąć generałom decyzję o przejęciu kontroli nad zrywem niepodległościowym? Przede wszystkim łączyło się to z wielką odpowiedzialnością. Podchorąży postawili wyższych wojskowych przed faktem dokonanym. Nieznany był plan, niezrobiony został żaden porządny wywiad. Przejęcie dowództwa oznaczało zgodę na podjęcie chaotycznych walk, zamieniających się chwilami w zamieszki.












Trudna walka pierwszych feministek
Zamarznięci pod Moskwą
Za co zginął Giordano Bruno?
Jak Polakom udało się odzyskać niepodległość?
Okrutny jak... Piast
Zamach na polskiego prezydenta wynikiem ... 