Kapitan schodzi ostatni?
wp.pl | dodano: 2012-01-20 (16:04) 195 opinii
(fot. AFP)
A
A
A
Tchórz, nie kapitan
Statek Costa Concordia rozbił się o skały 13 stycznia 2012 roku około godziny 23:30, gdy zanadto zbliżył się do brzegów Toskanii. Jak wykazały pierwsze tropy śledztwa, winnym tego zdarzenia był Kapitan Francesco Schettino, który zszedł z wyznaczonego kursu, by powitać mieszkańców wyspy Goglio na Morzu Tyrreńskim, w tym kapitana emeryta, legendę włoskiej marynarki, Mario Palombo. Tragedia Concordii ujawniła, że podobne, niebezpiecznie praktyki były we włoskiej flocie na porządku dziennym. Traktowano to jako atrakcję turystyczną zarówno dla pasażerów statków, jak i dla odwiedzających wyspę.
Jednak najbardziej skandaliczne i niezgodne z etyką zawodu kapitana było to, co zdarzyło się już po uderzeniu statku o wystające skały. Kapitan nie dość, że zwlekał z wezwaniem pomocy, to jeszcze ewakuował się ze statku na jednej z pierwszych szalup. Unikał odpowiedzialności, a nawet kłamał oficerom z portu w Livorno - kapitan Gregorio De Falco, który w bardzo ostrych słowach zwrócił się do tchórzliwego kapitana statku, stał się już postacią kultową. Zapis rozmowy możecie przeczytać tutaj
Kapitan pełniący najwyższa funkcję na wycieczkowcu Costa Concordia został oskarżony o spowodowanie katastrofy morskiej, opuszczenie statku przed końcem jego ewakuacji oraz nieumyślne spowodowanie śmierci.
- Opowieści o kapitanach opuszczających topiących się pasażerów są tak stare jak statki. To tylko ludzie – powiedział Andrew Lambert, profesor historii marynarki King’s College w Londynie w wywiadzie dla Discovery News.
Najsłynniejsze przypadki opuszczenia statku przez kapitana w czasie katastrofy na stałe zapisały się w historii i kulturze światowej, choć miało to raczej przestrzegać przed popełnianiem tych samych, karygodnych błędów.
W 1816 roku u wybrzeży Afryki zatonęła fregata o nazwie Meduza. Dowodził nią kapitan Hugues de Chaumareys, który zignorował wygląd wody, wskazujący na to, iż okręt zbliża się do mielizny. Statek ugrzązł około 50 km od brzegu i zaczął nabierać wody. Szalup ratunkowych było zbyt mało, lecz na szczęście załoga i pasażerowie zdołali wybudować z części statku ogromną tratwę. Zgodnie z relacjami miała ona 20 metrów długości i 7 metrów szerokości.
Niestety powierzchnia ta była niewystarczająca i na tratwie działy się dantejskie sceny. Kapitan wraz z częścią oficerów opuścił statek na jednej z szalup i pozostawił ludzi na pastwę losu. Pierwszej nocy w wyniku bójek i ogromnej presji zginęło 20 ludzi, część zamordowano, kilku popełniło samobójstwo. W kolejnych dniach umierali następni, a rozbitkowie prawdopodobnie dopuścili się kanibalizmu. Trzynastego dnia nieliczni ocaleni zostali odnalezieni przez załogę okrętu wojennego Argus. Kapitanowi, który po dotarciu do brzegu opowiadał jakoby pasażerowie oszaleli i musiał przed nimi uciekać, postawiono pięć zarzutów, m.in. za pozostawienie rozbitków na pewną śmierć. O dziwo na pokładzie podtopionego statku pozostało 17 oficerów, którzy przeżyli na nim do chwili odnalezienia, 54 dni po wypadku.







Czy anioł stróż istnieje naprawdę?
Zaszczep się przed Euro 2012!
Planeta, która obraca się w pył
Blisko Ziemi krążą tysiące niebezpiecznych ...


